Dzień trzydziesty drugi

OKOLICE ILULISSAT

Wersja Łukasza

Budzi nas pełne słońce – a jakże. Czy pogoda tutaj nigdy się nie zmieni? Nie powiem – ostatnie dwa tygodnie obfitowały w różnego rodzaju ciekawe światło, ale chciałbym mieć też bardziej urozmaicone popołudnia. A nie lampę 100% dzień za dniem.

Wychodzimy dzisiaj na krótki trekking. Szkoda, że tak wyszło z Solanusem. Gdybyśmy wiedzieli, to poszlibyśmy już co najmniej dzień wcześniej. A tak, smażyliśmy się przy lodowcu czekając na wieczór, który nie nastąpił.

Pakowanie zabiera nam chwilę i już schodzimy w dół do brzegów lodowca. Idzie się przyjemnie. Krajobraz jest urozmaicony. Po przejściu rzeki ścieżka jest jednak coraz słabiej widoczna i zaczyna się podejście. Czasami na szagę, czasami po prawie niewidocznej ścieżce. Spotykamy parę starszych Inuitów. Ona z reklamówką, on ze strzelbą i plecakiem idą przed siebie prawie się nie odzywając. Wdzieramy się w głąb fiordu, choć do jego końca jest całkiem daleko. Wreszcie po kilku godzinach marszu postanawiamy rozbić namiot. Nie ma sensu iść dalej z wszystkimi tobołami jeżeli jutro będziemy musieli wracać. Postanawiamy się zatem rozbić i dalej pójść już na lekko. Tylko ze sprzętem.

Niestety znalezienie płaskiego kawałka terenu nie jest wcale łatwym zadaniem. Wreszcie udaj nam się to zrobić, ale w zasadzie namiot wchodzi już na ścieżkę.

Porzucamy następnie namiot i każdy udaje się w swoją stronę powalczyć trochę z kadrem. Nieopodal namiotu jest całkiem pokaźny wodospad. Niezrażony wiatrem wschodzę coraz wyżej. Chcę zobaczyć lodowiec, który teraz przesłaniają wzgórza wysokie na ok. 200 metrów. Wiatr jest bardzo silny – jak się idzie pod wiatr, to nie można oddychać. Robienie zdjęć w tych warunkach nie jest możliwe – statyw się trzęsie na wszystkie strony. Ja zresztą również. Ale są tez bardzo ładne miejsca osłonięte od wiatru – pełno tu jezior i stawów otoczonych pionowymi nieraz ścianami. Bardzo tutaj ładnie.

Docieram w końcu na szczyt, gdzie się melinuję i podziwiam widoki. Po jakimś czasie dociera też Adam. Schodzimy. natrafiamy na bardzo ładny i spokojny zakątek – postanawiam tutaj zostać i popisać trochę relacji. Słońce bez wiatru przyjemnie mnie ogrzewa.

Tracę rachubę czasu. Postanawiam wracać. cały czas próbuję robić zdjęcia, ale światło jest za silne. Wracam coś przekąsić. Adam jest już w namiocie. Robimy jedzenie, gdy słyszymy odgłos stóp. Po chwili wyłania się człowiek. Wraca właśnie do Iulissat z kilkudniowego trekkingu. Skończyło mu się jedzenie i to go zmusiło do powrotu. po chwili już go nie ma. Do dzisiaj żałuję, że go nie poczęstowałem tym co miałem. Wyglądał na wygłodniałego.

Szlak jest tłoczny. Nieco później nasz namiot został prawie staranowany przez grupkę Grenlandczyków.

O zachodzi wychodzimy na pobliskie skały – jesteśmy przy samym brzegu fiordu. Robię trochę fotografii dla naszych sponsorów. To już naprawdę ostatnia chwila. A to wcale nie jest takie łatwe jak się myśli. Niebo jest wściekle granatowe i słońce przebija się przez dziury. Kiedy znika za chmurami kończy się fotografowanie. Wracamy do namiotu i zaczyna padać. Deszcz kołysze mnie do snu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*