Dzień szesnasty

FIORD TASERMIUT – NANORTALIK – QAQORTOQ – PROM

Wersja Łukasza

Dzisiaj ważny dzień z logistycznego punktu widzenia. Chyba najważniejszy. Jeśli nie uda się wszystkiego zgrać na czas, to nie będzie wesoło. Wstajemy jak zwykle ok. 3.20. Wschód niczym specjalnym się nie wyróżnia. Dopiero później pojawiają się chmurki, które słońce jeszcze ładnie zdążyło podświetlić. Nie mogłoby tak być od samego początku?

Szybko się pakujemy i schodzimy do łodzi. Żegnamy się z cichą wioską. Tu nawet psy nie szczekają :-). Ale otoczenie jest piękne i myślę, że mżna się w takim miejscu zakochać. Góry są niesamowite, woda również. Jestem bardzo ciekawy jak jest tutaj zimą i czy te góry są do przejścia późną zimą.
Jak tylko wypływamy z portu to opada nas mgła. Wiatru nie ma, stąd nie ma też fali, ale nie widać zbyt wiele. Wszędzie zalega ciszą. Wręcz ją można poczuć. Plan był taki, aby popłynąć mniej lub bardziej bliżej lewego brzegu, a później przeskoczyć na drugą stronę fiordu w najwęższym miejscu. Teraz jednak oznaczałoby, że będziemy przekraczać fiord nie za bardzo wiedząc gdzie jesteśmy. W konsekwencji zamiast na drugi brzeg (którego nie widać) moglibyśmy wypłynąć w morze, co nie jest zbyt zachęcającą perspektywą. Po dyskusji postanawiamy już teraz przekroczyć fiord – jesteśmy w takim miejscu, że mamy pewność dotarcia na drugi brzeg. Cała naprzód zatem. Dziób naszego Zodiaka idzie do góry i zaczynamy się przemykać pomiędzy górami lodowymi, które wyłaniają się z mgły niczym duchy. Od czas do czasu postój na zdjęcia -ale wierzcie mi – zrobienie dobrego zdjęcia z chyboczącej się łódki zakrawa na cud.
Na środku fiordu fale stają się większe, ale dajemy jeszcze radę. Wreszcie docieramy na drugi brzeg. Mgła robi się jednak coraz gęstsza. Teraz już mnie wręcz przygniata. Prawie nic nie widać. Prawie nie ma fali. Chwila zapomnienia i prawie szorujemy Zodiakiem o dno – zagapiłem się i nie spostrzegłem, że dno się tym miejscu mocno podnosi do góry.

Stajemy. Nie ma żadnych dźwięków, tylko chlupot wody o burtę. Nie wiemy gdzie jesteśmy – czy już powinniśmy odbić od brzegu i kierować się do Nanortalik (miasteczko leży na wyspie), czy też jeszcze mamy czekać i płynąc wzdłuż brzegu? Jeśli przestrzelimy, to albo wypłyniemy na pełne morze, albo do drugiego fiordu. A tam nam zabraknie paliwa.

Rozważamy różne opcje. Mamy GPS-a, ale nie mamy mapy Grenlandii (nie ma w sprzedaży). Nasza papierowa mapa się skończyła i nie obejmuje już miejsca, w którym jesteśmy. rozważam nawet telefon do mojej pracy, aby podali nam współrzędne geograficzne Nanortalik – jak je wbijemy do GPS-a to nas poprowadzi. Ale nic z tego. Adam znajduje jednak Nanortalik w GPS-ie – jest tam zapisany na ogólnej fizycznej mapie świata. Ruszamy zatem po linie prostej do miasteczka. Docieramy w końcu do półwyspu i skręcamy w prawo. Teraz już, nadal we mgle, idziemy pełną prędkością na port. Nadal niewiele widać. Jesteśmy odsłonięci, łódką zaczyna rzucać to tu, to tam, ale nadal idziemy co koń wyskoczył. Nie chcę ryzykować na otwartym terenie przy wietrze i z falą w twarz. GPS wysiada – zawiesza się. Nic, płynę już na wyczucie. Trzeba uważać, bo co chwilę jakieś głazy wystają z wody. Stajemy jednak. Na szczęście – inaczej byśmy się rozwalili o duży kuter rybacki, który nagle, bez zapowiedzi wychynął z mgły. Uff. Nagle w dziurze dostrzegam coś jakby port. Cała naprzód i już śmigamy do przodu. Po kilkunastu minutach wchodzimy do portu. Jeszcze trzeba pamiętać o linach, które nie pozwalają górom lodowym wedrzeć się do portu i już cumujemy przy nabrzeżu. Wycieczka skończona.

Myjemy łódź i idziemy do piekarni na ciastko, a później do Nielsa. Wracam jeszcze na łódź po zbiornik z paliwem – wg Nielsa kradną nawet na Grenlandii!!! Niels jest tak miły, że udostępnia nam poddasze biura, gdzie się rozkładamy. Trzeba się przepakować i przygotować do lotu popołudniu. Zapraszam Adama na kawę do hotelu – mamy jeszcze sporo czasu do odlotu. W hotelu trwają właśnie przygotowania do lunchu grenlandzkiego – bardzo żałuję, ale ostatecznie nie zdecydowaliśmy się go wykupić.

Pogoda zaczyna się psuć. Wg Nielsa następne dni mają przynieść deszcze i niższą temperaturę. Fajnie, że nas to ominęło. Pogodę mieliśmy rewelacyjną, acz nie do końca fotograficzną. Niels zawozi nas na heliport. Tym razem obywa się bez płacenia za nadbagaż, ale podręczne plecaki mamy wypchane do granic możliwości. Odprawa niesie ze sobą trochę nerwów, bo płacić byśmy nie chcieli.

Załadowaliśmy się do dużego helikoptera – Sikorski. Wybieram miejsce przy oknie po prawej stronie – będę miał całe wybrzeże Grenlandii na wyciągnięcie ręki. Po chwili już się wznosimy, a moim oczom okazuje się całe piękno tek krainy. Co prawda słońca nie ma, ale prawie na wyciągnięcie ręki jest dostępny lądolód, przed nim w górę wzbijają się niezliczone szczyty Alp Grenlandzkich jak je tutaj nazywają. A najbliżej mnie – góry lodowe. Z tej wysokości widać ich części zanurzone w odzie – mają mocno turkusowy kolor. Przelatujemy nad jedną z nich – w środku basen pełen turkusowej wody. Nic tylko się wykąpać. Po kilkudziesięciu ekscytujących minutach lądujemy w Qaqortoq. Do portu tym razem mamy z górki, więc po chwili jesteśmy już w porcie. Przy nabrzeżu stoi wielki prom linii Arctic Umiaq Line. Niestety jeszcze nie wpuszczają na pokład, tak więc mamy trochę czasu. Kręcimy się pojedynczo po porcie i okolicach aby nie chodził z całym bagażem. Z nami czeka już spora liczba ludzi – a wśród nich cała drużyna piłkarska młodych chłopaków.

Wreszcie ze statku spuszczają kontener. Okazuje się, że to kasa. Akurat tak spuścili, że przed nosem mamy wejście. Jesteśmy zatem pierwsi. Chwila nerwów – okazuje się, że coś jest nie tak z naszymi biletami. Po 10 minutach tej nerwówki, pani na kasie uśmiecha się szeroko. Wszystko jest OK. Dostajemy dwuosobową kajutę. Prysznice mamy na zewnątrz. W kajucie za dużo miejsca nie ma, ale nam to wystarczy. W namiocie było go o wiele mniej.
Jeszcze nie wypłynęliśmy, a już jesteśmy po gorącym prysznicu. Wspaniałe uczucie. Idziemy następnie zwiedzać statek. Okazuje się, że był remontowany w polskiej stoczni! Jest messa, gdzie serwują różne dania – nie jest nawet drogo jak na monopolistę. Jest mnóstwo korytarzy i różnych zakątków. Można wyjść na pokład na samą górę, skąd rozpościera się ładny widok. Jednym słowem cool – jest trochę większy od naszego Zodiaka i trochę szybszy. Ale Zodiakiem do Nuuk też byśmy dopłynęli :-).

Odbijamy od nabrzeża. Wszyscy wylegli na pokład i żegnają swoich bliskich. Przed nami dwie noce i cały dzień do Nuuk. Wyśpimy się po wsze czasy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*