Dzień piąty

INNERUULALIK – IPIUTAQ (TREKKING)

Wersja Łukasza

Z naszych porannych planów nic niestety nie wyszło – zegarek Adama chyba nie zadzwonił. W każdym razie ja go nie słyszałem. Jako jednak, że mój syn notorycznie budzi mnie od prawie 16 miesięcy co rano, to wstaję niejako samoczynnie. Wypełzam zatem z namiotu. Dzień zapowiada się ładnie. Słońce świeci, na niebie trochę chmurek, które gdzieś tam już uciekają. Jako, że jest wcześnie, to postanawiam się cały wykąpać w pobliskim jeziorku. Woda aż taka zimna nie jest – idzie się przyzwyczaić. A czuję się bosko i takie poczucie pozostaje na cały dzień.

Po śniadaniu schodzimy do farmy. Postanawiamy zapytać się o jakiś transport do Sisimiut. Jeszcze się plecaków nanosimy. Adam zgłasza się na ochotnika i rusza na farmę. Farma to mocne słowo – jest tu kilka budynków, widać jakiś dom gościnny i kilka niewielkich pól. Zwierzyny niewiele. Jest jednak w miarę płasko, a mała zatoczka jest osłonięta od wiatru.

Podczas gdy Adam buszował po farmie szukając właścicieli, mnie nawiedza turystka. Dunka, jak się okazuje, która mieszka na farmie i która przyjechała tutaj podglądać ptaki. Bierze mnie za kolegę po fachu, gdyż w rękach trzymam swoją Sigmę. Rozmawiamy przez chwilę. Okazuje się, że jest tutaj bardzo dużo ptaków i to nie tylko tych, które do tej pory widziałem (faktem też jest, że nie są zbyt płochliwe i można je podejść naprawdę blisko, albo same przylatują).

Wreszcie, po kilkunastu minutach wraca Adam. Załatwił nam transport łodzią do Sisimiut! Super, to pozwoli nam nadrobić nieco stracony czas i uniknąć 6-7 godzin na mozolnej drodze dla traktorów. Cena to 200 DKK, ale to się da przełknąć. Idziemy zatem z naszymi plecakami do zatoczki, gdzie czeka na nas już kobieta, która nas zawiezie. Łódka jest naprawdę mała. Jakoś się pakujemy i ruszamy. Fale wcale nie są takie małe, wieje niemiłosiernie, a my prujemy przez fiord. Czasami mijamy jakąś małą górę lodową. Staram się rozmawiać z naszym „kapitanem” choć hałas to trochę uniemożliwia. Wychodzi na to, że zima w zeszłym roku była bardzo cucha – tzn. bez śniegu. Nie było także mrozu i fiord nie zamarzł. Dlatego też w górach jest teraz bardzo sucho. Po ok. 15 minutach docieramy do farmy Sisimiut. Oczywiście nie ma tu żadnego pomostu – przybijamy wprost do skały. Jeszcze pożegnalne „bye, bye” i zostajemy sami. Nasz „kapitan” prosi jedynie o 100 DKK na paliwo. To bardzo miło z jej strony. Na odchodnym pokazuje nam naszą drogę – niewidoczna ścieżka prowadzi prawie pionowo w górę, wspina się na pobliską 750 metrową górę, po czym niknie gdzieś w oddali. Zapowiada się naprawdę ciężko. Na odchodnym dorzuca, że najlepiej będzie jak zapytamy się na farmie – może nas podrzucą i przerzucą łodzią za tą górę, bo to naprawdę ciężka droga, szczególnie z tymi plecakami. Postanawiamy spróbować – co nam szkodzi.

Podchodzimy do domku stojącego nieco dalej. Wokół biegają psy. Na wszelki wypadek ściągam statyw i trzymam w ręce. Do psów nic nie mam, ale nigdy nie wiadomo co taki zdecyduje. Wolę się zabezpieczyć. Robimy trochę hałasu, aby uprzedzić właścicieli i nie dostać kuli w brzuch. Niedźwiedzie się tutaj raczej nie zapuszczają, ale nigdy nie wiadomo. W domu zastajemy gospodynie – starszą Inuitkę. Nie zna angielskiego (a my grenlandzkiego), ale jakoś idzie nam się porozumieć. Ostatecznie jednak Pani dzwoni do swojego męża, który przekazuje telefon córkę znającej angielski. Dogadujemy się raz dwa -za 400 DKK zostaniemy kawałek podwiezieni – na farmę Ipiutaq. Takie rozwiązanie zaoszczędzi nam małej wspinaczki (choć niejedna będzie przed nami). Czuję, że trochę sam siebie oszukuję, bo ten trekking miał być rzezią niewiniątek. Ale… trudno, rzeźbędzie za dwa dni :-).

Łódź ma przypłynąć za ok. godzinę, więc mamy trochę czasu. Adam jakimś cudem wprasza nas na kawę za 5 DKK. Siadamy zatem z Inuitką przy kawie z termosu w jej salonie i staramy się rozmawiać. Oczywiście – rozmawiamy o dzieciach. Ja wyciągam swoje zdjęcia, ona swoje i tak sobie gaworzymy oglądając jednocześnie salon w którym siedzimy. Trochę zdjęć rodzinnych, olbrzymia plazma i niesamowity widok na drugą stronę fiordu. To składa się na nasz widok.

Kawę skończyliśmy, podziękowaliśmy za gościnę i ruszamy na zewnątrz. Idę zobaczyć, czy widać już łódź – i prawie po chwili wyłania się zza skał. Witam się z rodziną Inuitki i biegnę po Adama – facet na łodzi się niecierpliwi. Ładujemy swoje plecaki i biegniemy do łodzi. Po drodze cena rośnie do 450 DKK bo czas oczekiwania był dłuższy niż zakładano. Ech … Pakuję się do łodzi, Adam za mną – jeszcze nie zdążył dobrze stanąć, a łódź rusza pędem do przodu. Adam leci do tyłu – mało brakowało, a wpadły do wody. Udało się go jednak zatrzymać. Za prowadzącego mamy zatem kowboja :-). Idziemy jak ślizgacz. Pomimo wiatru, zimna i innych niedogodności zostaję na zewnątrz i próbuję trochę filmować Nikonem. Rzuca mną po całym tyle łodzi, ale się nie daje. Jakoś udaje mi się utrzymać aparat choć o nie ma mowy o płynnym prowadzeniu. Po drodze mijamy pionowe ściany spadające do fiordu. Przepływamy też często z dużą szybkością koło gór lodowych – większych i mniejszych. Moim zdaniem – o wiele za blisko. Ale na szczęście natura jest dla nas łaskawa.

Po 20 minutach docieramy na farmę. Krótkie pożegnanie i znowu zostajemy sami. W oddali widać budynek mieszkalny, ale wokół nikogo. Wyciągam mapę i wydaje się, że trzeba iść prosto przed siebie. Widać zresztą jakąś bramkę. Ruszamy. Zza zakrętu wyłania się człowiek – Inuita, a za nim jego Żona z małym dzieckiem. Oczywiście nawiązuje się rozmowa. Okazuje się, że przeprowadzili się tutaj rok temu i mają również w planie rozwój agroturystyki. Praca na takiej farmie musi być ciężka, szczególnie dla rodziny z małym dzieckiem. Przyznam, że sobie tego nie wyobrażam. Do najbliższej osady jest z 1 – 1,5h łodzią. To dosyć daleko.

Pytamy się o drogę i po chwili ruszamy dalej. Mamy już na dzisiaj dosyć wrażeń, więc chcemy w pobliżu znaleźć jakieś małe jeziorko i rozbić namiot. Jutro będzie nas bowiem czekał bardzo ciężki dzień. Już po 20 minutach mozolnego marszu po skałach i trawach znajdujemy małe jeziorko – staw z niewielką platformą i pięknym widokiem. Namiot rozbijamy na platformie. Jest tu naprawdę bardzo pięknie.

Woda jest tak ciepła (na tutejsze standardy), że znowu biorę kąpiel :-). Robię też pranie korzystając z jakiegoś biodegradacyjnego mydła. Słońce oczywiście świeci, wiatr też trochę wieje, więc wszystko niedługo się wysuszy. Do zachodu jest jeszcze sporo czasu, więc kładę się spać – w cieple ogrzanego namiotu to całkiem przyjemna sprawa.

Wieczorem oczywiście zachód. Wspinamy się na okoliczne wzgórza, skąd roztacza się wspaniały widok na granie Redekammen (Killavaat) oraz na szczyt Illerifissalik. Ściany goreją w czerwonym zachodzącym słońcu i jest super. Szkoda tylko, że w najlepszym kierunku jest trochę wzgórz zasłaniających widok. No i wiatr jest bardzo silny – trzęsie statywem na wszystkie strony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*